Katarzyna Fajnas: „Maratonie, I love you!”

Marzenia te duże i te maleńkie, każdy je ma i dlatego życie jest takie piękne! Każdego dnia, miesiąca, roku stawiamy sobie nowe cele, które staramy się zrealizować. I choć nie zawsze nam się udaje, najważniejsze w tym wszystkim jest to, aby walczyć do końca i nie poddawać się kiedy zaczynają się schody. Warto powalczyć o siebie i o swoje marzenia. Pamiętam jak zaczęłam marzyć o przebiegnięciu […]

Marzenia te duże i te maleńkie, każdy je ma i dlatego życie jest takie piękne! Każdego dnia, miesiąca, roku stawiamy sobie nowe cele, które staramy się zrealizować. I choć nie zawsze nam się udaje, najważniejsze w tym wszystkim jest to, aby walczyć do końca i nie poddawać się kiedy zaczynają się schody. Warto powalczyć o siebie i o swoje marzenia.

Pamiętam jak zaczęłam marzyć o przebiegnięciu maratonu. Miałam wtedy 18 lat. Biegałam krótkie dystanse 1000, 1500 czy 2000 metrów. Prawie 22 lata czekania na realizację swojego biegowego marzenie. Ale było warto! Na początku myślałam o jednym ale w roku 2014 przebiegłam już dwa maratony. W następnym roku to powtórzyłam i już wtedy poczułam, że potrzebuję dalej… Zapragnęłam czegoś więcej, postanowiłam zdobyć – Koronę Maratonów Polskich. I tak narodziło się kolejne marzenie. A wraz z nim wyzwanie i ciężka, mozolna wspinaczka na szczyt.

14678093_965417906903520_2107083610_oKorona Maratonów Polskich to odznaka dla wszystkich, którzy w ciągu 24 miesięcy pokonają 5 wyznaczonych biegów w Polsce: Kraków, Warszawa, Wrocław, Poznań i Dębno. Plany mają to do siebie, że powinny być ambitne, więc zdecydowałam się „koronę” zdobyć w rok i przebiec dodatkowo jeszcze jeden maraton – Orlen, to mój ulubiony, nie mogłam go sobie odpuścić. Oczywiście dodatkowo zakładałam „złamanie” magicznych 4 godzin przynajmniej na jednym z tych biegów. Tak wiem, to wariactwo. Często słyszałam: nie dasz rady, nabawisz się kontuzji, nawet najlepsi biegają 2 góra 3 maratony rocznie.

Na pierwszy ogień poszło Dębno. Samopoczucie trochę kiepskie przed startem, przez ostatnie dwa tygodnie trochę chorowałam, lecz te całe gadanie jeszcze bardziej mnie umocniło w decyzji: „Zrobię to w 2016 roku”. Plan startów na rok 2016 wyglądał następująco: Dębno – 3 kwiecień, Orlen – 24 kwiecień, Kraków – 15 maj, Wrocław – 11 wrzesień, Warszawa – 25 wrzesień i Poznań – 9 październik. Tak naprawdę te 6 maratonów musiałam przebiec w ciągu 6 miesięcy. To był ambitny plan. W pierwszym biegu w „Dębnie” było ciężko, chorowałam dlatego to nie był dobry moment na start ale trzeba było walczyć. Udało się, pokonałam dystans z nowym rekordem życiowym poprawionym o prawie 7 minut! Niestety magicznych dla mnie 4 godzin „nie złamałam” ale byłam bardzo zadowolona z biegu: fajna trasa, super kibice, dobra temperatura tylko tylko ten dojazd…trochę daleko.

Orlen” – do niego mam wielki sentyment, był moim pierwszym pokonanym maratonem. Tym razem przed startem miałam mały stres, jak mój organizm zniesie ten wysiłek po 3 tygodniowej przerwie od ostatniego biegu. Ten start był prawdziwym testem dla mojego organizmu, zdałam go jednak pozytywnie!

14627765_965417493570228_1905883136_nKraków” – wspaniałe miejsce, wspaniali ludzie, rewelacyjnie przygotowana trasa i super klimat. Ten maraton długo będę wspominać. Dogoń Grodzisk Mazowiecki była widoczna mimo niewielkiego przedstawicielstwa. Świetnie spędzony czas z Sylwią Sową-Okrasą, Włodzimierzem Michałowskim, Pawłem Pelcem i moją kochaną córcią Malwiną. Trzeci start w ciągu 9 tygodni. Samopoczucie dobre, czułam że w tym biegu muszę zawalczyć o złamanie 4 godzin. Pierwsza połowa biegu odbyła się zgodnie z wcześniejszym planem przyjętym wspólnie z „Dogoniową” grupą, a później samotna walka. Nie było tragedii, było zmęczenie ale to akurat jest normalne. Maraton pokonany z czasem 03:58:44. Cel zrealizowany. Byłam szczęśliwa. Szybka koronacja Pawła Pelca, naszego nowego Dogoniowego Króla i powrót do domu. A później trzy miesiące przerwy od maratonów, gdyż starty i treningi były wyczerpujące. A po ciężkiej pracy, należy się zasłużony odpoczynek.

14628292_965417173570260_343456576_nWrocław” – słoneczny, piękny, trasa przygotowana perfekcyjnie, do tego wspaniali kibice. Cudownie spędzony czas z moim Adamem i Malwinką. To był pierwszy maraton, którego tak bardzo się bałam, byłam przerażona. W tak wysoką temperaturę nawet na trening rzadko kiedy wychodzę, a tu miałam w te tropiki przebiec ponad 42 kilometry. Mocne postanowienie „Tym razem biegnie rozum a nie moje ambicje„. To nie czas na bicie życiówek, to była prawdziwa walka o przetrwanie, totalny armagedon! Udało się przeżyłam ten koszmar i o dziwo, nie było ściany ani kryzysu, uzyskałam też niezły czas 04:04:11. Każdy punkt nawadniania zaliczony, dużo piłam, kilka wiader zimnej wody wylanych na głowę. Na mecie byłam mokra jak nigdy wcześniej na żadnym biegu. Tylu leżących ludzi na trasie i tak często kursujących karetek na żadnym biegu nie widziałam.

14585822_965416746903636_1019885260_oDwa tygodnie odpoczynku i nadszedł czas na „Warszawę„. Ten maraton dwukrotnie powalił mnie na kolana, kryzysy i ściany czekające na mnie za zakrętami. Oj będzie się działo – pomyślałam. Mocne postanowienie – tym razem się nie dam! Dzisiaj ja wygrywam ze swoimi słabościami! Bieg rozpoczęłam w Dogoniowej eskorcie Sylwii Sowy-Okrasy, Marcina Kuldanka i Edytki. Plan jak w Krakowie, wspólny bieg do 25 km., a później samotna walka. Walczyłam do końca i udało się, bez bólu i ściany ukończyłam go z życiówką 03:54:21! Sama nie wierzyłam w to czego dokonałam tego dnia. Piąty maraton w tym roku a tu wybiegana życiówka. Małe straty jednak były: obtarcia, schodzący paznokieć w prawej stopie, no i pojawiący się ból kolana. Tego dnia miała miejsce kolejna koronacja w DOGOŃ – tym razem koronę Królowej zdobyła Sylwia Sowa-Okrasa.

Dwa tygodnie minęły szybko. „Poznań” maraton kończy moją drogę po „koronę” zaplanowaną w trybie eksternistycznym. Miasto to przywitało nas chłodem. Wspólnie spędzony wieczór z Adamem i resztą paczki z DGM, tj. Edytą, Marcinem i Anią Kuldanek, Aleksandrą Łysuniak, Jej Mężem i Małgorzatą Duniec. Do tego czas spędzony na Expo, który był super! W dzień startu przywitała nas deszczowa aura, ale nie było aż tak zimno, jak się tego obawiałam. Przed biegiem miałam pełną głowę: w co się ubrać – spodenki i koszulka no i rękawki. Na start stawiłam się w worku termicznym, bo było mi zbyt zimno. 14686020_965418403570137_1791802599_nStart zaplanowałam z Marcinem Kuldankiem, oboje stwierdziliśmy, że razem będzie raźniej. Postanowiłam, że nie będę „szaleć na trasie” ale chciałam walczyć o 03:50:00. Niestety po 30 kilometrach nastąpiła weryfikacja planów i trzeba było ciężko pracować, aby pobiec poniżej 4 godz. Trasa była jak dla mnie zbyt wymagająca, długie podbiegi, deszcz i zimno oraz ta niekończąca się walka ze swoim zmęczonym ciałem. Lewa noga mocno się upominała o odpoczynek. Bolała stopa i kolano, do tego ból brzucha, miałam wrażenie że żołądek mi przestał pracować. Jak się okazało dwa dni temu, to celiakia wróciła, tam na trasie to były tylko początki koszmarnych bóli, których doświadczyłam 3 dni po maratonie. Ale w trakcie biegu na trasie nie było czasu na rozczulanie się nad sobą. Super, że właśnie wtedy był ze mną Marcin Kuldanek, który walczył o każdy swój i mój kilometr. Motywował i wspierał mnie, a przy okazji nabiegał się przy mnie na każdym punkcie nawadniania: woda, izotony, pomarańcze, miałam wszystko podane nie musiałam się zatrzymywać. Dla mnie jesteś wspaniałym Kolegą, Przyjacielem. Dziękuję! Jako jedyna biegaczka miałam świetną eskortę: Marcin biegnący obok mnie i Adam pędzący na rowerze. I jak tu miałam nie dobiec do mety? Pomimo, że w trakcie biegu doznałam „małej odcinki” tak gdzieś na 39 kilometrze, to walczyłam dalej. Przebudziłam się kiedy zobaczyłam mijającą grupę z „zającem” na czas czterech godzin, wtedy od razu dostałam przypływu energii i przyśpieszyłam. Marcin uradowany wspomina, że pędziłam wtedy jak gazela. To nie był jakiś sprint ale czułam szybkość całym swoim obolałym ciałem. Końcówka już z „koroną” na głowie, przecież za chwilę będę królową! Bieg po niebieskim dywanie, jestem, dobiegłam i dałam radę. Czas 03:58:19. To był ogromny wysiłek zwieńczony wielką radością i zadowoleniem. Jestem Królową, teraz to ja już nic nie muszę!

To już jest koniec… nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy już iść… No właśnie. Człowiek przeklinał ostatnie 10 km, a teraz jest mu smutno, że może iść. Z tymi cholernymi maratonami tak właśnie jest… I pewnie za to je kochamy i na jednym nie poprzestajemy. Kolejny maraton przeszedł do historii, a ja pozbierałam cały bagaż wspaniałych emocji i doświadczeń podczas mierzenia się ze swoimi słabościami na królewskim dystansie. Dzisiaj na zimno podsumowując to co wydarzyło się w ciągu ostatnich 6 miesięcy mogę powiedzieć: „Maratonie, I love you!”

14686099_965416613570316_915564060_nCieszę się i jestem dumna, że zdobyłam Koronę Maratonów Polskich. To było moje marzenie, mój cel. Zrealizowałam go nakładem wielkiego wysiłku i poświecenia. Dołączyłam tym samych do moich Przyjaciół z DOGOŃ Grodzisk Mazowiecki, którzy dokonali tego wyczyny przede mną: Krysia Paszek, Sylwia Sowa-Okrasa, Paweł Pelc, Sylwester Zwierzchowski, Włodzimierz Michałowski, Rafał Sadocha, Marcin Wójcik czy Krystyna Pawelec. Teraz nasza grupa powiększyła się o moją osobę. Będziemy wspólnie wspierać i namawiać kolejnych biegaczy do tego wyzwania. Nie ma rzeczy niemożliwych, trzeba bardzo chcieć!

Tak wiec czekamy, kto następny dołączy do naszej „królewskiej” elity?

Tekst/foto: Katarzyna Fajnas/DOGOŃ Grodzisk Mazowiecki

9.4

Ocena artykułu

Polecane

Dodaj komentarz

Imię*